poniedziałek, 22 sierpnia 2016

Wybaczam Ci.


Nie wiem, jak wiele czasu musi minąć, by móc przestać krzyczeć do nieba to jedno imię. Nie wiem też jak wiele można znieść i czy jest jakiś limit po przejściu którego człowiek gaśnie, gdy kolejny raz upadł. Bo życie znów okazało się górą wyższą niż ludzka wytrzymałość. A wybaczenie -  może jego następstwem jest moment, w którym rano budzę się i jestem w stanie podarować uśmiech małemu bratu, bo jestem pogodzona z życiem. Być dla niego szczęśliwa, żeby zauważył radość w oczach, w których kiedyś notorycznie widział łzy. Może.. to ta chwila, w której podchodzę do okna i patrzę na ten sam świat, który widziałam w pięknych snach o zgodnych ludziach bez wzajemnego żalu. Czy wiem?


Siedzę na wzgórzu widząc przed sobą panoramę miasta i zachodzące słońce. W tych budynkach, na ulicach, między blokami i może gdzieś wśród drzew, tam daleko są ludzie, którzy kiedyś otwierali mi drzwi z miłością, choć ich już nie ma. Którzy byli - zostawiając i nowi, którzy są, bo zdecydowali się przyjść i zbudować ze mną most. Zamykam oczy. Za tych pierwszych unoszę głowę ku górze.

Wybaczam Ci.

Kościelne schody, na które już zawsze będę patrzyła z tłumionym żalem i zatrzymaną w oku łzą, bo przypominać mi będą pożegnanie i ostatnie spojrzenia, gdy raz po raz odwracaliśmy się popatrzeć na naszą odchodzącą wieczność. Zwątpienie, choć zawsze mieliśmy walczyć o przyszłość. List na dnie szafy i dużego misia, z którym już od półtora roku nie dzielę drugiej połowy łóżka, bo są przeszłością. I że już nigdy nie powiemy "I że Cię nigdy nie opuszczę" przed Bogiem. Choć może czekał na to jak my. 

Wybaczam Ci.

Intrygi. Gdy wciąż działałaś za mną, a nie ze mną, a ja starałam się żyć przy Tobie tak, byś się nie dowiedziała, że wiem.  Żebyśmy, zanim w końcu przemówię, miały trochę więcej czasu na wieczorne bitwy na poduszki i rozlaną kawę nad ranem, bo obie byłyśmy trochę niezdarne. Nieszczerość, którą widziałam w Twoich oczach, choć nadal śmiałam się do nich i przytulałam Cię tak mocno, gdy płakały. 

Kłamstwa, koryta łez wyżłobione w twarzy, wymowną ciszę i to, że nie raz stawałam zwykłym przystankiem w czyimś życiu.

Wybaczam.

Otwieram oczy. Wstaję i patrzę raz jeszcze na swoje miasto, biorąc oddech. Odwracam się lekko uśmiechając, bo już wiem, że pogodziłam się raz na zawsze z tym, czego nie dane mi było mieć i z ludźmi, których już nie ma. I to jest moje wybaczenie. 



1 komentarz: